Prematuralnie
Mam wykształcenie średnie. W związku z tym automatycznie wzrosło mi poczucie dumy i pozycja na rynku pracy. A wg Kodeksu Boziewicza, już mogę się nazywać człowiekiem honoru.
3 lata minęły w oka mgnieniu i podobnie jak Reod nie potrafię wskazać wydarzania w trylogii licealnej, które odcisnęły się na mnie szczególnym piętnem. Było ich tak wiele, czy może są zbyt mało wyraźne w moim Curriculum?
Ciągłe nieobecności, wyrafinowanie usprawiedliwiane organizacją en-tej akademii, działalnością pozaszkolną, uczniowską inicjatywą. Morze przypałów jakie runęły na nasze głowy za dorabianie kluczy do pomieszczeń szkolnych, obecność na kołkach przedmiotowych w stanie wskazującym, czy podszywanie się pod nauczycieli (vide: zwalnianie urokliwych koleżanek z młodszego humana dodając na blankiecie przed własnym nazwiskiem tytuł magistra - nagrodzone naganą dyrektorską dla mojego przyjaciela). A co powiecie na walenie Guinessa z centrali na środku korytarza szkolnego podczas przerwy w Dni Irlandzkie? Tudzież rzucanie rzutkami w wizerunek JKM Elżbiety II. Co o niemal nie skończyło się skandalem dyplomatycznym gdyby nasz eksces zauważył gościnnie zaproszony poddany Korony Brytyjskiej - o porytej boazerii nie wspominając. Pierwsza i jedyna wycieczka szkolna na początku I klasy. Zakończona spektakularnym wykopaniem kolegi z równoległej klasy z licealnych progów w asyście polskiej policji i alkomatu. Strajk, głośny na cały Lublin, w obronie wychowawczyni - czym zaskarbiliśmy sobie bezinteresowną nienawiść dyrekcji wobec 35 osób składających się na klasę ,,B". Robienie kabaretowych jaj ze wszystkiego i z wszystkich. Nie wyłączając telewizji regionalnej, która robiła materiał o próbnych maturach. I gdzie zaprezentowałem się jako nowe wcielenie Nostradamusa, trafnie przewidując tematykę prac pisemnych - zdradzonych przez nauczycielkę 5 minut wcześniej.
Na finalną akademię spóźniłem się z przyczyn obiektywnych. A wypełniona po brzegi aula skutecznie odstręczyła od naprawienia wyżej wymienionego błędu. Wyszedłem na zewnątrz, minąwszy kilka zbłąkanych dusz, które tak jak i ja nie potrafią docenić przydługich mów, pomyślnych życzeń i śpiewu szkolnego chóru.
Znacie taki film jak Telemaniak? W finałowej scenie, monter kablówki grany przez Jima Carreya stwierdza, że życie w realu zawsze będzie gorsze niż te w telewizji, bo nie ma podkładu muzycznego. Dzięki mp3 na uszach podważyłem tą teorię.
Wyobraźcie sobie faceta w garniaku siedzącego na murku. W budynku obok zakończenie roku. A ten z tlącym się papierosem, nieobecnym wzrokiem i grającym w tle Johnnym Cashem dokonuje rachunku sumienia.
what have I become? my sweetest friend everyone I know goes away in the end and you could have it all my empire of dirt
if I could start again a million miles away I would keep myself I would find a way
Temat dla Wyczółkowskiego, czy innego Matejki.
Czy zmarnowałem te 3 lata? Czy mogłem sięgnąć dalej i wyżej? Czy ten okres będę wspominał z uśmiechem, czy z zażenowaniem? Czemu dziewczynę, która mnie zauroczyła oglądam tylko przez profil na znanym portalu społecznościowym?
Na rozdaniu świadectw, dowiedziałem sie że jestem pyszny et dumny i przydałoby mi się trochę pokory. (Pokory? Dodając udokumentowaną introwersję, w ogóle powinienem rozpłynąć sie w powietrzu.) Otrzymałem książeczkę i srebrną tarczę za enigmatyczne ,,specjalne osiągnięcia". Więc mogę stwierdzić, że szkołę średnią ukończyłem z wyróżnieniem.
Później poszliśmy na piwo, przedtem kontynuując szlachecką tradycję rozbuchanego parlamentaryzmu. 30 minut debatowaliśmy czy lepsze są parasolki na Starym Mieście, czy na miasteczku akademickim? Z kolegą wybrałem trzecią drogę i teleportowaliśmy się w plener na litera Cavaliera w zawrotnej cenie 6 zł. Po wyjaraniu kilku szlugów i spożyciu wiśniowego specjału, powróciliśmy do naszej-klasy, która koniec końców lansowała się na miasteczku akademickim. Tym razem debatując, czemu jedna koleżanka podpisała się chamsko innej koleżance na rewersie szkolnej fotografii. Pogrążony w winnej nirvanie, miast ważyć racje obu stron, skupiłem się na rwaniu dawno niewidzianej koleżanki. Używając w tym celu zapalary Zippo i Porsche Boxera, rzekomo przebywającego w moim garażu. Pytając się bezczelnie, czy bardzo boli ją pupa po upadku z niebios. Po spektakularnym fiasku moich wysiłków, wróciłem do domu. Gdzie za pomocą sprytnego gadżetu, wykryłem we krwi 1,7 promila C2H5OH. Teraz walczę z etanolowym kornikiem przebijającym się przez płaty mózgowe. Używając wymyślnych pigułek oraz tykwy Rosamonte. I powoli, powolutku. Bez pośpiechu. Uczę się do matury.
Trackback


Nie wiem dlaczego uważam, że młodzież licealna to pijaki, może dlatego że ja po swoim zakończeniu roku poszedłem pojeździć rowerem po mieście, ot tak żeby się pożegnać z nim.